Umówmy się, że to właśnie szok związany z trudną adaptacją do organizacyjnej kultury wielkiej azjatyckiej firmy sprawił, że nie chciało mi się pisać nic na blogu przez ostatnie miesiące.
Trochę mnie zaskoczyło, nie to, co się tutaj dzieje, ale to, że ja takie rzeczy akceptuję. W grudniu powiedziano mi, że nasze biuro w ciągu 3 tygodni przeniesie sie z centrum Seulu, do kolejnego miasta, 50 km na południe. Nigdy, do ostatniego dnia nie napisano oficjalnego maila z informacją dla wszystkich. Nigdy nie podano powodów, ani nie przeproszono pracowników za niedogodności. A są tacy, co kupili tuż wcześniej mieszkania na przedmieściach 50 km na północ. I tylko ja powiedziałem na głos, co o tym myślę, na szczęście tylko mojemu szefowi. On jest w miarę wyrozumiały, i wytłumaczył mi, że wszyscy myślą to co ja, ale w Korei tak nie wolno mówić.
Potem firma miała mi znaleźć mieszkanie w tymże przedmieściu, znalazła jakieś lokum, pokazali mi, odmowiłem przyjęcia: bylo dużo mniejsze niż być powinno (w kontrakcie mam zapisany metraż), i straszny panował w nim syf. Poskarżyłem się dalej, do "Głównej Kwatery", że próbują w moim dziale nie respektować kontraktu, a mój szef mi powiedział, że dlaczego ja robię z tego sprawę publiczną, w Korei ludzie akceptują co im firma daje i z firmą nie walczą. Tutaj przestałem myśleć o nim, że jest wyrozumiały.
W międzyczasie - moja współpracowniczka wykłóciła się o pieniądze za operację: najpierw jej powiedzieli że zapłacą za operację kolana, potem nie chcieli oddać, potem powiedzieli że nigdy nie mówili że oddadzą, aż ona udowodniła że kłamią, i musieli oddać. Z mieszkaniem też jej trochę narobili kłopotów - w dzień przed przeprowadzką pokazali jej dom: totalny syf i zgnilizna z grzybem. Też interweniowala w głównej siedzibie i też HR dostał opieprz, a ona osiągnęla cel, czyli dom jej odnowili. Oprócz mojej współpracowniczki jest jeszcze jedna współpracowniczka z kontynentu nie-azjatyckiego, i też ma swoje perypetie...
I oto niespodzianka - dowiedzieliśmy się, że nasz dział (a konkretnie, HR naszego działu) powiedział głównej siedzibie - zabierajcie tych cudzoziemców. Ja w sumie to rozumiem - Wielka Azjatycka Firma jest bardzo dochodowa, a nasz dział jako jeden nie przynosi pieniędzy. W związku z tym nie na rękę jest im mieć ludzi, którzy protestują gdy nie dostają tego co mieli obiecane. Zatem: czterech cudzoziemców pracujących w dziale marketingu strategicznego dla systemów telekomunikacyjnych wielkiej azjatyckiej firmy zostanie jakoś usuniętych. Współpracowniczcezaproponowali pracę w jednym miejscu (już przyjęła propozyjcę), współpracownika przeniosą do jego kraju rodzinnego, mi zaproponowali posadkę w bardzo dochodowym dziale, ale poprosiłem żeby znaleźli coś bardziej odpowiadającego moim zainteresowaniom, a jeszcze jednej współpracowniczce też coś zaproponują, jak tylko wróci z 2-tygodniowej delegacji z USA. Wszyscy czekamy na rozwój wydarzeń, bo w sumie nawet gdyby praca miała być mniej ciekawa, to i tak kasa będzie większa (bo w każdym innym dziale są wieksze premie).
Z powodu całego zamieszania codziennie dojeżdzam z centrum do innego miasta 50km na południe i tracę kupę czasu. Ale wolę jeździć tak i czekać na transfer do odpowiedniego działu.
Jedno jest pewne, moja praca nie jest monotonna. Czasami mam jakieś złudzenie że jest ciekawa i czuje się zmotywowany, czasami spędzam 2 dni z rzędu nie robiąc nic i wkurzam się że tracę czas zamiast rozwijać się albo robić karierę. Moj projekt został odwołany - decyzja najwyższego szczebla, nie ma co nawet dyskutować - a dzień potem mój szef wyjechał w nagłą podróż służbową więc mam świety spokój i nic do roboty. Ostatnie dni "przepierdziałem w stołek". A ściślej spędziłem na graniu w literaki na stronie kurnik.pl (polecam zainteresowanym). Ale i tak moja polska "współpracowniczka" ogrywa mnie w wielkim stylu. Chociaż w miarę czasu jej przewaga punktow robi się mniejsza! I zamierzam z nią wygrać któregoś dnia!
skomentuj (4)
Zycie na Dalekim Wschodzie potrafi byc latwe lekkie i przyjemne, pod warunkiem ze mieszka sie w Singapurze, w Malezji, w Hong Kongu, na Tajwanie, w Japonii, byle to nie byla Korea.
Korea jest najbardziej hermetyczna, najbardziej konserwatywna i najbardziej opiera sie kulturowym przejawom globalizacji. Nie ma tutaj sklepow z odzieza do ktorych przywyklem i na ktorych mozna polegac, w tutejszych sklepach sprzedawcy podchodza na odleglosc bardziej niz intymna i podazaja krok w krok za mna. nie potrafia pomoc bo ani nie znaja sie na modzie, ani nie znaja jezyka, a mimo to stoja w odleglosci 30 centymetrow i zawracaja glowe. Ogladam buty a sprzedawca mowi (nie pytany) "shoes", ogladam szampony a on lub ona "shampoo". Ale jak juz zapytam po angielsku do jakich wlosow szampon, to sploszeni nic nie mowia, a wciaz stoja 30 cm ode mnie. Jak zapytam po koreansku czy jest moj rozmiar butow, to oni nawet nie wiedza (i tak od 2 lat sie nie nauczyli) jak sie przelicza rozmiary europejskie/ brytyjskie/ amerykanskie na ich tutejsza numeracje. Podtykaja mi pod nos jakies obrzydliwe ciuchy i mowia mi zebym koniecznie przymierzyl (a na oko widac ze marynarka ktora mi podsuwaja siega mi po kolana). Czasami jak mam dobry humor, to bawie sie z nimi robieniem kolek wokol stoiska (bo ida za mna krok w krok). Ale zazwyczaj, uciekam z domu towarowego szybciej niz przyszedlem.
Od dwoch miesiecy nie moge kupic koszul do biura. Chodze wciaz w 2 koszulach ktore kupilem zupelnie od niechcenia, przypadkiem i na wszelki wypadek w Singapurze. 3 tygodnie temu w sklepie z meskimi koszulami zamowilem specjalnie koszule na miare (bo tutaj wszystkie sa zbyt wielkie i zbyt obszerne, zupelnie nie rozumiem dlaczego). Dwa razy dawali mi koszule ale dwa razy musialem kazac im je przerabiac. Krzywo przyszyte kolnierze, itd.... totalne niechlujstwo krawca albo krawcowej. Wczoraj przy trzecim podejsciu, nawet nie mierzylem bo uznalem ze jak spieprza za trzecim razem to juz nic im nie pomoze. Oczywiscie spieprzyli. Wiec mam teraz dalej 2 dobre koszule i o 4 wiecej zlych koszul. Koszmar. Ile w Korei czasu trzeba stracic na kupienie pieprzonej koszuli do garnituru?
Gazeta.pl opublikowala taki artykul, portret tzw "mojego pokolenia" stworzony na podstawie pamietnikow nadeslanych na jakis tam konkurs. Tu jest link do młodzi z prowincji w paskudnym miescie
wlasciwie to sam nie wiem czy jestem jednym z tych ktorych tam opisuja czy wrecz przeciwnie. czy przyjechalem do Warszawy jako dziecko z prowincji czy jako dziecko z wielkiego swiata zeslane na prowincje (bo przeciez cale liceum uczylem sie na zachodzie europy)? mysle ze doswiadczylem obydwu jednoczesnie... A Warszawa powitala mnie z dyshonorami naleznymi zarowno ludziom z prowincji jak i ludziom zeslanym na prowincje. Z daleka, po dłuższym okresie zaczynam mówić dobrze o Warszawie i Polsce. Ale ten artykuł przypomniał mi dlaczego mnie tam nie ma.
Tymczasem tutaj, z dala od Warszawy życie upływa mi pod znakiem pracy. W glownej siedzibie wielkiej azjatyckiej firmy po 6 tygodniach pracuje nad projektami wiekszymi niż się spodziewałem. W tym tygodniu bralem udzial w negocjacjach kontraktu pomiędzy jedną wielką firmą i drugą wielką firmą, obie wśrod światowej czołówki firm na świecie. W Polsce nie wiem czy po 10 latach bym mial okazje usiąść przy jednym stole z ludzmi na podobnych stanowiskach. Mój szef zabiera mnie na te negocjacje jak ratlerka albo innego mopsa - do ozdoby. Moja rola to siedzieć i ładnie wyglądać. Cel oficjalnie ma być taki, żebym nabierał ogłady, doświadczenia i widział wielki biznes od środka. A w rzeczywistości to chyba azjatycka firma chce wygladac na bardziej globalną. Ale bez względu na to jaki jest cel, to chyba dobrze dla mnie.
A za 2 tygodnie bede lecial słuzbowo helikopterem na spotkanie!
Właściwie to lubie swoje życie, i lubię tę odległość od Warszawy. Jedynie drażni mnie odległość od Helsinek, ale tutaj coś zaradzimy niebawem. Tero przyjeżdża na świeta, na 3 tygodnie.
koniec ery - tak byl zatytulowany jeden z ostatnich odcinkow tego serialu. odkad przyjechalem do Korei nie bylo takiego dnia w tygodniu w ktorym nie moznaby zobaczyc chociaz jednego odcinka Sex & the City na jakims kanale. Wszystkie wlasciwie juz zdazylem obejrzec przez te 2 lata ale pozostal nawyk: jesli nie ma nic w TV to ogladamy SATC. Co prawda nie byl to dla mnie wcale inspirujacy serial, bo postawy zyciowe i tzw attitude mialem juz od dawna, ale przynajmniej nauczylem sie uzytecznych sformulowan po angielsku. Ostatni z jeszcze nadajacych SATC kanalow wlasnie skonczyl go nadawac.
"End of the Era" jeden z ostatnich odcinkow. Samantha jest zakochana, Charlotte i Miranda wyszly za mąż, Miranda nawet opuscila the City i zamieszkala w Brooklynie. I nawet Carrie gotowa jest posunac sie naprzod i zaczac nowe zycie. Tylko ze ona tak kocha to zycie, ktore miala, ze trudno jest podjkac tę decyzję.
W tym odcinku jest tez epizodyczna bohaterka, gwiazda imprezowego nowego jorku z lat 1980 i 1990, obracajaca sie od 20 lat wsrod najwiekszych smietanek towarzyskich i bywajaca na najlepszych imprezach. Nowy Jork za jej czasow byl czyms ekscytujacym, innym, ale zmienil sie i ona w nim sie nie odnajduje. Wszystko ewoluowala, a ona jest jedyną nie zmienioną wiecznie młodą party girl która ma coraz więcej lat. Pijana i nakoksowana chce zapalić na przyjęciu. Wszędzie zakazy palenia. Otwiera okno, ktoś zwraca uwagę. Ona robi scene, krzyczy ze Nowy Jork is O.V.E.R. po czym poslzgnela sie na markowym pantofelku i wypada przez okno - ginie na miejscu. Symboliczny koniec ery i koniec ostatniej osoby, która jeszcze żyła w tamtej erze.
Carrie nie skonczy tak zalosnie, ona jest gotowa isc do przodu i ewoluowac. Gotowa jest zamknac rozdzial i sprobowac czegos innego.
No i teraz, odniesienie do mnie. Moje nowe zycie polega na calkiem przyjemnym mieszkanku w super dzielnicy, na dwoch kartach VISA, na garniturze za kupe kasy, krawatach, pracy w przeszklonym biurowcu, gdzie z rana ,gdy stoje w kolejce do windy, rozlega sie muzyka symfoniczna, a gdy stoje po srodku biura widze jedno z najwiekszym miast na swiecie u moich stop z kazdej strony. Koniec martwienia sie skad wziac pieniadze i koniec spania do 2 po poludniu. Koniec z brakiem kasy na podroze i koniec z podrozami. Moge wiecej ale jednoczesnie mniej. i chyba nie powinienem myslec o wakacjach bo nawet O. jest tym zbulwersowana.... Rozwiazalem jedne problemy, stworzylem drugie, jednym slowem, koniec pewnej ery.
moja byla dziewczyna albo urodzila albo urodzi niebawem... moj przyjaciel z rodzinnego miasta tez doczekal sie corki. ja od kilku dni ogladam filmy porno dla heteroseksualistow... czy to mentalna zdrada mojego chlopaka, czy to tylko objaw przemeczenia?
skonczyl sie pierwszy miesiac pracy w glownej siedzibie wielkiego koncernu azjatyckiego. jak kazdy poczatek, bylo troche stresująco i jednocześnie ekscytująco... jednak czekala na mnie mila niespodzianka: zadna z legend krazacych wsrod cudzoziemcow zatrudnionych w tej firmie nie potwierdzila. nikt mi nie stwarzal absurdalnych problemow, wszyscy byli pomocni, od poczatku mialem powazne zadania. tylko sęk w tym że projekty nad ktorymi pracuje tydzien temu zwolnily do niemal zerowej predkosci i poczulem sie troche zagubiony. oczywiscie to normalne, brakuje mi doswiadczenia i gdy bylo duzo roboty, to zawsze ktos mi dawal zadania do zrobienia, a gdy jest jej malo, to sam nie umiem jeszcze ich sobie znalezc. ale to przejsciowe, i staram sie uczyc przez ten czas.
nowe mieszkanie powoli zaczyna przypominac dom odkąd jest w nim kablowka i internet. najlepsze rzeczy w nowym mieszkaniu to silownia w tym samym budynku i lokalizacja w najbardziej rozrywkowej czesci miasta. najgorsze w nowym mieszkaniu to mieszkanie w pojedynke. chcialbym zeby to sie zmienilo, ale w kawalerce na tak malej powierzchni moglbym mieszkac tylko z Tero, a on ma jeszcze kilka miesiecy do spedzenia w Finlandii. W grudniu przyjedzie na miesiac.... mmmm. mam tez nowa komorke, nowe konto w banku, nową karte VISA. a za kilka dni tez kupię sobie nowy garnitur i kilka nowych koszul.