glupifiut blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

nowy dom…

1 komentarz

przez tydzien nie umialem sie podłączyć do internetu. dzis rano przyszedł pan z firmy internetowej po to zeby przycisnąć pstryczek i wszystko jest cacy.

łóżko przywieźli, trochę skrzypi ale wygodne. wciąż mam za małą pościel (łóżko w końcu jest wieksze niż tylko na 1 osobe). wciaz nie mam pozostalych mebli (szafa, polka itd) ale juz wybralem w sklepie meblowym i wszystko zmierzylem.

moj dawny „narzeczony” ktory bez powodu (lub z nieznanego mi powodu) z dnia na dzien przestał sie do mnie odzywać, idzie pojutrze do wojska. na 2 lata, bo tyle tutaj obowiazuje wszystkich bez wyjątku (pod groźbą pozbawienia obywatelstwa). czyli już na zawsze będziemy wrogami :( liczyłem na to że kiedyś mu przejdzie i przynajmniej jeszcze porozmawiamy sobie. a tymczasem za 2 lata mnie już nie będzie, a nawet jeśli będę, to pewnie i tak nie będziemy nawet pamiętali o sobie.

w środę zrobiłem profesorowi G już 5-tą prezentację w tym semestrze. zostały mi jeszcze 4 przy wariancie pozytywnym (jesli mi nic nie odrzuci) albo wiecej jeśli będzie (a wiadomo że będzie) upierdliwy.

za 3 tygodnie będzie już po wszystkim :) i być może pojade do cieplych krajów.

timing

Brak komentarzy

Czwartek:
wracałem do akademika, żeby zapłacić czynsz za kolejny miesiąc. nie zdążyłem przed przerwą na lunch, więc pobiegłem z powrotem na lekcje. po lekcjach wróciłem do domu i zobaczyłem, że ktoś się wprowadza się do pokoju za ścianą. „będzie wojna” pomyślałem, bo ściana pomiędzy moim pokojem a tamtym pokojem obok jest wyjątkowo niedźwiękoszczelna…

już o 4 po południu zapukał do drzwi i zwrócił mi uwagę, że TV za głośno. spodziewałem się, ale o 4 po południu?? popatrzyłem na kolesia z niedowierzaniem (facet po 40, w ogole co on robi w akademiku?) i trzasnąłem drzwiami, tak jak to się robi przed świadkami Jehowy albo domokrążcami. I od razu zapadła decyzja: muszę się wyprowadzić do normalnego miejsca (tzn gdzie są ściany i świety spokoj). Z resztą już od marca jestem w tym samym miejscu (tzn pokoj zmienilem ze 4 razy, ale wciąż ten sam adres, a to stanowczo za długo jak na mnie).

Przyszedł jeszcze raz za jakiś czas, znów chciałem trzasnąć drzwiami, ale przytrzymał i o mało się nie pobiliśmy w drzwiach. Pieprzył jakieś bzdury w swoim języku, który może kiedyś zacznę rozumieć, ale na razie rozumiałem tylko kontekst: mam sciszyć TV (kurwa, kim on jest żeby mi to mówić?).

Decyzja podjęta, że się wynoszę. Całe szczęście nie zapłaciłem czynszu. I w tej samej chwili, gdy próbuje ochłonąć dzwoni telefon. Wyrzucam z siebie opowieść jaki kretyn mnie niepokoi w moim pokoiku, i że się wyprowadzam, a zamiast pocieszenia dostaje jeszcze lepszy deal: „wprowadź się do mnie”.

Dobiłem targu w ciągu 3 minut. Moja przyszła współlokatorka dostała wielkie służbowe mieszkanie, w którym jest jej smutno samej mieszkać…

Piątek:
Oglądanie mieszkania przy okazji parapetówy. Jest super a moja przyszła współlokatorka cieszy się tak samo jak ja że się wprowadzam. dobry znak :)

Sobota:
mój nowy sąsiad przyszedł jeszcze raz i perfekcyjnie po francusku zapytał, czy to przez ten piątkowy incydent się wyprowadzam. podsłuchiwał gdy przyszła do mnie moja piękna sąsiadka i wie że mówię po francusku… i jak tu można żyć w takich warunkach???

grzecznie przeprosiłem powiedziałem że nie mam czasu na pogawędki…

Niedziela:
Pakuję się

Jutro:
wyprowadzam się

rzeczywistość

1 komentarz

Kundera fajnie opisuje przeżycia dwóch bliskich sobie osób. Historia tej samej pary opowiedziana przez dwie osoby, które uważają siebie za najbliższe. Łączy je dozgonna miłość, a gdy czyta się książkę, nie sposób powstrzymać się od myślenia o kochankach z politowaniem. Tacy sobie bliscy, tak ważni dla siebie, a zupełnie nie mają o sobie nawzajem pojęcia. Gdyby się o sobie dowiedzieli wszystkiego nawzajem, zdziwiliby się i rozczarowali… Co sprawia, że ludzie myślą że są tak sobie bliscy pomimo że wcale nie są?

Przez ostatnie parę tygodni dowiedziałem się bardzo dużo o mojej już skończonej dawnej historii miłosnej. Myślałem, że ja, z natury niewierny fizycznie popełniałem wielki błąd i wyrządzałem wielką krzywdę moimi zdradami temu kochającemu idealiście który wierzył w miłość i wierność. Zniosłem z pokorą i wyrzutami sumienia tyle scen zazdrości, zasłużonych i nie. Kłamałem po to żeby nie ranić drugiej osoby (skoro nie umiał mnie kochać jako poligamisty, to przynajmniej niech nie wie, że go zdradzam, przecież moje uczucia nie mają nic wspólnego z tym co i z kim robię w łóżku – tak to sobie tłumaczyłem).

Tymczasem chodziłem przez mnóstwo miesięcy z większymi rogami niż sam mu przyprawiłem. I pomimo że wcale koleś mnie już nie interesuje, wciąż dziwnie się czuję z tym, że mnie zdradzał. Wcale nie byliśmy sobie równi, wcale nie jesteśmy kwita. Ja nie kłamałem mu że cenię sobie wierność. Nie robiłem mu awantur i scen zazdrości. Ja nie żądałem wierności, tylko szczerości.

Gdy się rozstawaliśmy, postanowiłem, że nigdy nie będę kłamał i nigdy nie zwiążę się z kimś kto ceni sobie wierność bardziej niż szczerość. I miałem szczęście, że taka osoba znalazła się niemal natychmiast. I naprawdę mili Państwo, to działa!!!

DMZ

3 komentarzy

Byłem na szkolnej wycieczce w strefie zdemilitaryzowanej rozdzielającej zwaśnione od 50 lat dwie połowy tego samego kraju.

Oprowadzał nas amerykański oficer, facet który na codzień bierze udział w negocjacjach w na granicy (bo spotkania odbywają się w miarę regularnie). I zatkała mnie jego retoryka, która trafia może do Amerykanów z Ohio, ale nie do wykształconych ludzi. Wypowiedzi zbudowane były dokładnie tak jak w Polsce za komunizmu. Podwójne nazewnictwo tych samych rzeczy, na przykład propagandowa wioska po stronie południowej nazywa się Freedom Village, po stronie polnocnej: Propaganda Village. Wywiad z pólnocy to szpiedzy, z południa to agenci wywiadu. A Koreańczyków z Polnocy lepiej nie prowokować i nie zaczepiać bo kiedyś jak amerykanie wysłali ogrodnikow zeby przycieli drzewa w strefie zdemilitaryzowanej (bo im zasłaniały polnocne punkty obserwacyjne) to ci z polnocy ich pogonili, a jak nastepnego dnia wrocili z eskortą, to pogonili znow ogrodnikow a eskorte bestialsko zamordowali (tutaj krwawy opis barbarzynskiego morderstwa jakiego dopuscili się komunisci na biednych
amerykanskich chlopakach). Oczywiści potem mój sceptycyzm zostaje potwierdzony, gdy pewna zwątpiona europejska dusza pyta jak to możliwe że tak po prostu zamordowali? Okazuje się że druga strona nie wyraziła oficjalnej zgodny na przycinanie drzew. Czy w myśl rozejmu można sobie bez zgody drugiej strony prowadzić prace ogrodnicze w strefie zdemilitaryzowanej? Oczywiście nie można. Amerykanie bezczelnie pogwałcili rozejm i samowolnie interweniowali w strefie zdemilitaryzowanej. Ale tego już nikt nie słucha bo wycieczka robi zdjęcia. Za to następny punkt wycieczki to kamień upamiętniający bohaterską śmierć Amerykanów którzy bronili prawa do przycinania drzew w strefie zdemilitaryzowanej.

Nie lubię Amerykanów, nawet jeśli zgadzam się z nimi w większości kwestii. Tzn, nie lubię prostych Amerykanów, a w armi tacy własnie są, bo armia daje szanse tym ktorym szansy nie dała demokracja i kapitalizm. Prostactwo z wiochy wychowane na szkolkach niedzielnych prowadzonych przez metodystow, świadkow jehowy i cholera wie jeszcze jakich slepo fanatycznych, natchnionych pastorów, ktorzy uczą Amerykę rozróżniania dwoch kolorów: czarny i biały, i zastępowania binarną logiką myślenia na wyższym poziomie abstrakcji. Na tym polega chyba absurd: Ameryka to przecież wielki sojusznik Polski i Europy, który wierzy i broni mniej więcej tych samych wartości w które wierzymy my i których bronić chcemy. Ale zamiast inteligentnych i kulturalnych ludzi, ostatnio w Ameryce do głosu dochodzą ludzie prości i głupi. I ja nie mogę się pogodzić z tym, że jestem zaprzyjaźniony z ludźmi których nie szanuje, więc dochodzi do absurdu że bronię Korei Północnej.

Ok, dość polityki na dziś.

pepero.jpgDMZme&Ksenia.jpgDMZwioska.jpgDMZbaraki.jpg

1) Bridge of no return: z daleka widać most na którym przywożono ludzi podczas podpisywania rozejmu i ludzie musieli się zdecydować przed komisją nadzorowaną przez ONZ po której stronie linii demarkacyjnej chcą pozostać.
2) Ja i Ksenia zmęczeni po imprezie… za nami ww. most
3) Z daleka panorama wioski po stronie północno-koreańskiej. Widać wielki maszt z flagą północno-koreańską. Flaga jest tak wielka i ciężka, że powiewa na wietrze tylko gdy jest wichura albo burza.
4) Baraki przez środek których przechodzi linia demarkacyjna. W nich prowadzone są negocjacje pomiędzy Koreami. W tle budynek administracyjny strony północnej.

Pepero Day

1 komentarz

Pepero to tutejsza odmiana paluszków Mikado (znanych we Francji), lub po prostu coś takiego jak polski słony paluszek oblany w czekoladzie. Dziś był 11 listopada, a tutaj 1 stycznia, 3 marca, 5 maja i 11 listopada to są święta narodowe. No, może nie do końca, bo dziś wszyscy pracowali (ale w marcu i w maju wydaje mi się że było wolne). Firma która produkuje Pepero wymyśliła sobie szeroko zakrojoną akcję promocyjną: koncept tak kretyński że nie mógł nie zakończyć się sukcesem. Jeśli ktoś w dwóch rękach trzyma pionowo po jednym paluszku Pepero, wygląda to jak liczba 11, i dlaczego ludzie nie mieliby się obdarowywać paluszkami Pepero z okazji 11 listopada? Koncept zadziałał, i ulice, sklepy i miejsca pracy wypełniły się paluszkami Pepero i ludźmi życzącymi sobie udanego Pepero dnia.
A żeby było śmieszniej, doliczyłem się że koleś dziś po południu był 11 parterem seksualnym w tym roku. Żeby jeszcze doinformować tych którzy nie wiedzą o co chodzi, 10 nie jest wart tego pierwszego, z którym spędziłem 1 stycznia, i to będzie jego rok i wszystkie inne też ;)

pepero.jpg

byliśmy na imprezie w klubie z czarną muzyką. dużo tequili i dobrej zabawy, bo średnia wieku poniżej 20 lat. (nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy nie lubią chodzić do klubów gdzie są małolaty, ja się zawsze lepiej z nimi bawię).

poznawałem ludzi, rozdawałem swoj numer telefonu, piłem tequilę z heteroseksualnymi chłopakami i rozmawiałem o panienkach. miła odmiana. jeden chłopak, wyglądał na popularną osobę w tym towarzystwie, chciał okazać mi szacunek i w geście przyjaźni przyprowadził mi dwie przesłodkie małolaty do towarzystwa i zabawy. a ja w geście przyjaźni i szacunku, podziękowałem i całkiem miło sobie potańczyłem z ładnymi dziewczynami.

śmieszy mnie to, że tak dobrze się potrafię bawić w sytuacji, która przecież powinna być dla mnie niewygodna. może właśnie to jest recepta: lej na sytuacje, myśl swoje i baw się.

Przemyślałem sobie sprawę: właściwie to nie ma sensu, żebym był pierwszym, który przestał się odzywać. Bez względu czy ja przestanę się odzywać, czy nie, na jedno wychodzi: gdyby on chciał, to bym dalej się z nim spotykał. I nie ma co udawać przed kimkolwiek.

A więc postanowiłem, że zamiast przybierać pozy (co mnie tylko upodabnia do histerycznych lokalnych mężczyzn), zrobię to na co mam ochotę. 3 dni po tym jak udawałem że nie chcę odpowiedzieć, jak próbował coś powiedzieć na MSN, ja spróbowałem jego zagadnąć dziś rano. I chyba mam odpowiedź: miałem rację, zostałem zlany prostym sikiem przez małolata. No trudno, czas pogodzić się, że nie wszyscy zawsze będą lecieć na mnie tak jak kiedyś, hehehehe.

wataru

Brak komentarzy

wataru (zwany we wczesniejszych wpisach Japonczykiem)zaczął się do mnie nie odzywać. w ogóle jest nieśmiały i przez to małomówny. do tej pory całkiem mnie to bawiło, ale tydzień temu spotkałem się z nim godzinę po tym jak moj ulubiony profesor wydarł na mnie publicznie jape. bylem wsciekły i zdenerwowany. cały czas o tym mówiłem, aż w pewnym momencie poprosiłem Japonczyka, żeby łaskawie zaczął mówić o czymkolwiek innym, bo ja potrzebuję zeby ktoś mi zajął umysł czymś innym albo nawet rozśmieszył. Niestety, osoba, która umie sprawić, ze zapomina się o zmartwieniach to towar luksusowy. Koleś zupełnie się zaciął. Zawsze tak miał, że jak mówiłem że się nudzę, to paraliżowała go konieczność bycia zabawnym i interesującym i zupełnie odrętwiały nie był w stanie nic z siebie wydusić.

Rozstaliśmy się w miarę szybko, ale kolo chyba się czymś przejął. W piątek nie mógl/nie chciał się spotkać pomimo że byliśmy w różnych knajpach w tej samej dzielnicy. Od tamtej pory się nie odzywał w sobotę ani w niedzielę, pomimo że w niedzielę coś tam napisałem do niego na MSN. Cóż, zmartwiłem się, że kolejny tutejszy chlopak (bo Japonczyk jest Japoncem tylko etnicznie i tylko polowicznie, kulturowo jest zupelnie zupelnie tutejszy) uniosl się dumą i stroi fochy. Bo tacy oni tutaj są: jeśli nie znajdują potwierdzenia, że są najwspanialsi na świecie, to nagle niespodziewanie się obrażają i zrywają wszelki kontakt. Uważam to za straszną bzdurę, bo skoro się z kimś sprawę tak jasno sprawia od początku, że chodzi tylko o seks i ewentualnie przyjaźń, to czemu potem nie można potem powiedzieć równie jasno: że jedno z dwóch albo żadne nie wychodzi i dajmy sobie spokój.

Cóż, pomyślałem, że skoro wataru ze mną tak, to ja będę pierwszy :) Błąd popełnił taki, że się do mnie odezwał w poniedziałek rano. Nie odpowiedziałem. I do tej pory cisza (już trzeci dzień).Tylko że teraz on jest tym, który ostatnio szukał kontaktu. I tak niech zostanie.

Prawdę mówiąc mam straszną ochotę zadzwonić i się z nim umówić. Ale za dobrze znam mentalność tutejszych mężczyzn i wiem, że wcześniej czy później ja zostanę olany i zrobię z siebie kretyna. Pozostaje mi tylko być tym, który pierwszy zerwał kontakt…

Serial Sex and the City w pierwszym odcinku w pierwszej seriin zaczyna się od tradycyjnego romansu w stylu Harlequin. Przyjeżdża dziennikarka z Londynu do NY, poznaje faceta. wybucha uczucie, seks, plany, szukają razem domu do wspolnego zamieszkania, on ją zaprasza za miasto, żeby przestawić ja swoim rodzicom. dzwoni, odwołuje wyjazd bo mama jest chora przekladają to na za kilka dni. koleś nie dzwoni nigdy więcej. Carrie Bradshow jest lektorem w całej historii i jej morał jest taki: dziennikarce nikt nie opowiedział jak wygląda END OF LOVE IN MANHATTAN. uwielbiam SATC za to jak trafia w sedno tego wszystkiego. ok, let’s move on.

Ha! czy pisałem że miałem pójść na pokaz mody?

Nie wiedziałem, że to będzie takie wielkie halo. Wczoraj ten nieco starszy ode mnie kolega zaproponował siedzącej obok mnie w knajpie uroczej sąsiadce, żeby również do nas dołączyła. Prześliczna sąsiadka jest stażystką w Lancome, i jej biuro mieści się w tym samym kompleksie biurowym. Dziewczyna zrobiła wrażenie na swoich szefach, bo nawet oni nie mieli zaproszeń :)

Z kolei starszy kolega zrobił wrażenie na nas obojgu gdy wprowadził nas przez wejście dla VIPów omijając całą kolejkę i zaprowadził do siedzących miejsc w chwili gdy polowa ludzi już tylko mogła stać. niestety nie siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, ale cóż rozumiem, tam siedzą gwiazdy.

To był pierwszy pokaz mody jaki widzialem w życiu. kupa super ludzi na widowni. przepiękne dziewczyny i jeszcze piękniejsi faceci, nawet jeśli nie wszyscy najmłodsi to super ubrani. nie ma czegoś takiego jak lansowanie się. i nikt nikogo nie próbuje przewyższyć pozą. fajna atmosfera.

show był ok, ciuchy stanowczo nastawione na rynek azjatycki, chociaż ja bym chciał, żeby Europejczycy też się tak ubierali. chłopcy defilowali przez 30 minut, pojedynczo, wszyscy chudzi, dłudzy, i z długimi włosami. dziewczyny wyszły po chlopcach, gęsiego przemaszerowały w swoich fatałaszkach i były na wybiegu 30 sekund. takie post scriptum dla męskiej mody. I bardzo mi się to podobało. Niech znają swoje miejsce. I tak babskie szmatki zdominowały 80% powierzchni handlowej sklepów z ubraniami. Przynajmniej tutaj dobrze chcący wyglądać panowie byli dopieszczeni :)

Potem obżarłem się sushi i przegadałem całe popoludnie z chlopakiem z argentyny, którego poznałem tydzień temu (model, ale dziś jego zadanie było takie jak moje, przyszliśmy tam jako koledzy Philipa). I moja skłonność do generalizowania znowu okazuje się słuszna: wszyscy mówią, że nie należy generalizować, a ja jednak uważam, że Argentyńczycy to super naród. Zawsze gdy poznaję Argentyńczyków, od samego początku mamy mnóstwo wspólnych tematów i nie marnujemy czasu na głupoty w stylu: jak długo tutaj jesteś? jak ci się tutaj podoba? co tutaj robisz? itd. Poznając tutejszych facetow, rówieśników, młodszych, starszych, zawsze na dzieńdobry dostaje ten sam zestaw pytań do odpowiedzenia. A potem nie ma o czym rozmawiac. Z Danielem od razu się zaprzyjaźniłem pomimo że się urodził w 1985 roku (kurcze, zazdroszczę mu). Prawie pol pokolenia różnicy wiekowej i cała półkula różnicy kulturowej a jednak jakoś można się z nimi dogadać. (Z Brazylijczykami tak się nie da).

Niech mnie łaskawie już nikt nie męczy, że generalizuje. Jak ktoś w życiu rozmawiał tylko z 10 cudzoziemcami, to może się dopatrzy cech indywidualnych w każdym z nich. Ja widzę cechy narodowe, które w ogromnym stopniu determinują to jak się osoba zachowuje. Jedynie nie da się tego zastosować do ludzi o wielokulturowym życiorysie, ale to jest mniejszość i oni też mają cechy wspólne. A zatem: Argentyńczycy to super chłopaki:)


  • RSS