glupifiut blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

E-commerce

Brak komentarzy

… w koncu mam czas i ochote poznac to co studiowalem przez ostatnie kilka semstrow. ładuje ikony, bawię się w Habbo Hotel, gram z innymi habbo w pokera, chodze na wirtualny basen, mam mnostwo super ikon i fajnych gadzetów w moim MSNie i codziennie robie minimum jedną wideokonferencję (chociaz to ostatnie akurat nie jest żadną nowością). i tylko mi przykro że moj rodzinny kraj wciąż jest na etapie używania gadu gadu… ale to dobrze, za 3 lata bedzie mnóstwo ciekawych ofert pracy, bo kiedyś trzeba będzie w Polsce też stworzyć społeczeństwo informacyjne….

tymczasem muszę błagać moich znajomych mieszkających w UK żeby wysłali dla mnie płatnego smsa i doładowali moj habbo portfel bo nie mogę sobie kupić wirtualnych mebli ani prezentu dla mojego wirtualnego narzeczonego z którym dzielę pokój hotelowy, heheehehe, wciąga na maxa!

drawing.jpg
tero całuje mnie w ucho za pomocą nowego MSN (w nowym można coś narysować zamiast pisać)

dwie rzeczy: jestem znow zakochany i uzależniony, tym warem od wirtualnej gry Habbo Hotel. można sobie umeblować pokój za pieniądze, poznać ludzi i czatować z nimi w swoim pokoju, można pojść na wirtualny basen (wstęp kosztuje 0.5 funta), można pojść na wirtualny koncert, impreze techno, itd itd. czyli pelna wersja tego czego się nauczyłem w szkole (dla nie wiedzących studiuję e-commerce). niesamowite co można zrobić i jak można kosić kasę. i wierzcie mi ludzie, miał rację moj najnowszy guru (we wszystkich sprawach dotyczących życia i mądrości życiowych), że gry komputerowe to jest nowe Hollywood.

wczoraj sie uzależnilem od Habbo a dziś bylem na wystawie sztuki multimedialnej. super instalacje, animacje i gry komputerowe. przez dwie godziny bawiłem się mega fajnymi rzeczami i do tego z milym poczuciem ze to sztuka, a nie strata czasu.

może jednak wcale nie jestem taki plytki i pusty. a to ze jestem zarozumialy… heh, da się przełknąć…
ja_habbo.JPG
to jestem ja jako habbo

zły dzień

Brak komentarzy

dzis ponoc był najgorszy dzień w roku. fakt naukowy, tak napisano w gazecie.


(…) delicate interplay of lousy weather, post-Christmas debt, time elapsed since yuletide indulgence, failed new year resolutions, motivation levels, and the desperate need to have something to look forward to.

In short, all that’s left of Christmas today is credit card bills and a pervading sense that the next holiday is months away.

Chlopiec z czata:
hi there!
i saw your profile and i found it quite fun ;)
i think i agree a bit with stereotypes but as a Korean myself, now i’ve just got so curious about what stereotypical korean is like. am i to be one of those stereotypically curious poeple? hah, though im not sure if you afford to reply, hope you let me know then.

Ja:
u dont know what is typical korean? typical korean gay men are affraid of their parents, are never openly gay, get married, live with parents untill they get married, are very moody and fight with their boyfriends, make jalousy scenes even if they are not boyfriends yet. Typical Korean men refuse to shave their armpits and often they even refuse to trim their long thick and straight hair around their cock. typical korean man has a small cut dick in a huge hairy bush that looks like a little mushroom in the grass. typical Korean men know nothing about good music (but as i see this is not ur case), dates western guys because he hates asians or dates asian guys because he hates western. No Korean man likes black men. They ask your age as a first question, then they ask 5 always the same questions and it is the end of any decent conversation. This is all i can think of at the moment. Well, this is just a stereotype. Many koreans are nice, but they often when u least expect it, show you their Korean face and u just dont want to deal with them again. And when they end up with you, they treat you like the biggest ennemy, even if they loved you before. Because in Korea there is no good break-up. it is all about pride and not about partnership.

rejection

Brak komentarzy

znowu jakis mlodzieniec z internetu powiedzial ze jestem glupi, pusty, ciezko staram sie odroznic od innych ale z kiepskim efektem bo tak naprawde jestem zwyklym pedalem ktory nie ma nic do powiedzenia…

no coz, przykro to slyszec i pewnie jest w tym ziarnko prawdy, ale ten koles wczesniej staral sie jak mogl ze mna umowic, namawial, prosil i nie dawal za wygrana. a teraz mnie obraza. rejection can be painful…

Saigon

1 komentarz

Najpierw przemknałęm przez Sajgon taksówką w drodze z lotniska na dworzec autobusowy. Wtedy myślałem że to egzotyka a nie wyjątkowość miejsca tak bardzo podnieca.

Parę dni później przyjechaliśmy wieczorem do Sajgonu, po to tylko żeby przenocować i bladym świtem jechac dalej w dżunglę. Jeśli z czymkolwiek da się porównać Sajgon, to chyba najbardziej podobny jest do East Village w Nowym Jorku. Czyli super.

Po dwóch dniach w dzungli przyjechaliśmy w ostatni dzień roku po południu z powrotem do Sajgonu i od tej chwili aż do końca weekendu było wielkie szaleństwo. Genialne bary, jeszcze lepszy klub (niestety byłem tylko w jednym) kupa ciekawych ludzi z całego świata, przemili tubylcy i chyba najfajniejsze było to, że mogłem pić, jeść i jeździć taksówkami zupełnie nie
martwiąc się że zabraknie mi pieniędzy.

Sylwester był zupełnie szalony, chociaż nic nie zaplanowaliśmy. Kupa alkoholu, potem wylądowaliśmy w klubie, gdzie już w samym progu jakiś chlopiec, bardzo ładny, zabrał mnie w ciemny kąt i po kilku głębszych pocałunkach zaprosił do trójkata ze swoim chłopakiem… Klub nawet nie był gejowski… ale odniosłem wrażenie, że o ile w Korei nawet geje żenią się i mają dzieci, to w Wietnamie nawet heteroseksualni mężczyźni uprawiają seks z facetami dla zabawy… prawie jak w Anglii. przecież to niemożliwe żeby wszyscy byli gejami? a może ja miałem takie wzięcie?… z trójkąta nic nie wyszło bo zaraz pojawił się jeszcze fajniejszy chłopak. a potem jeszcze jeden. z żadnym nic nie zrobiłem, oprócz 2 minut w klubowej toalecie z drugim… zabawa była ważniejsza niż jacyś lokalni podrywacze :)

po drodze do domu ukradliśmy flagę narodową ze słupa.

zbudziliśmy się z rana jeszcze pijani i w najlepszych humorach. moja piekna sąsiadka powiedziala, ze jesteśmy młodzi, piekni i super i takie chwile powinny trwać cały czas.
5000029.jpg

praca

Brak komentarzy

znowu dalem się oswiecic w podstawowej kwestii. jaki ze mnie gluptas, az siebie podziwiam, ze sporo mi sie udaje pomimo zupelnej nieswiadomosci tylu spraw.

praca wcale nie czyni ludzi bogatszymi. za to sprawianie, ze inni pracuja dla ciebie, owszem.

cały semestr nauki przedmiotu „global leadership” nie przemowil do mnie z taką wyrazistoscią jak ten koles. albo tak drastycznie zglupialem w ostatnich miesiacach. a wiec od teraz zaczynam byc mily dla wszystkich i zamiast czynic z siebie wielkie indywiduum sprobuje czy da sie ludzi przyciągac i zyskac popularnosc na zawolanie. w liceum udawanie ze jestem fajniejszy niż w rzeczywistosci szlo mi z tym całkiem niezle, i nawet sporo ludzi mnie lubilo. Więc moze kiedys jeszcze stane sie liderem? W koncu potrzebuje kasy na realizacje wlasnych marzen… a skoro praca sama w sobie nie pomaga.

wielki DJ

2 komentarzy

mega sławny DJ w prowincjonalnym miescie. (nie zeby Seul byl jakas totalną prowincją, ale życie kulturalne jest tutaj szczególnie ubogie, zwłaszcza w porównaniu do Tokyo). bilet był drogi, muzyka mega mega dobra. ale to był tak naprawde koncert a nie impreza. ludzie słuchali, a mnie potrzebna była mega zabawa taneczna z anonimowym DJem ale super atmosferą, najlepiej na plaży, z pigułami i seksem w fontannie. na szczęście w chilloucie jakiś młodociany lokalny dj rozkręcił lepszą imprezę. spiłem się zupełnie i całe szczęście, bo wychodząc z domu spadłem ze schodów, gdyby nie alkohol to bym całą imprezę płakał z bólu tak jak teraz… mam suchnietą nogę i nie mogę chodzic :(

lece!

Brak komentarzy

ha! profesor O. nie przyszedl na spotkanie. specjalnie sie zerwalem ze szkoly jezykowej, a jego po prostu nie bylo. cale szczescie ze bede pisal prace magisterska z takim leniem i obibokiem jako promotorem. bedzie wyrozumialy i nieszkodliwy.

no i wiadomosc dnia! moj wielki brat koncern azjatycki nie dal ciala i z 2 tyg wyprzedzeniem kupil mi bilet lotniczy. ze stop-overem w Amsterdamie. bilet dostane do reki w poniedzialek na firmowej kolacji. od razu jak potwierdzilem daty, Tero kupil swoj bilet i oto dwoch nierozsądnych chlopcow znow przezyje love story epizod 2. tym razem 5 dni. juz za 2 tygodnie.

w domu syf. moja piekna sasiadka, ktora waletuje tutaj od powrotu z wietnamu, nie ma u nas swoich polek ani szaf, a oprocz tego nie ma rozbudowanego osrodka czystosci w mozgu. uwielbiam ja i tak, ale sprzatam ze wsciekloscia co popoludnie gdy wracam ze szkoly. sprzatanie jest dobre na stres.

attitude

1 komentarz

nawet takiemu mądrali jak jak czasami przytrafia sie czasami nie wiedziec podstawowych prawd o zyciu i wygadywac glupoty. powiedzialem że uczulony jestem na nadętych artstow ktorzy niekoniecznie maja talent ale maja attitude. w odpowiedzi zupelnie zdziwiona buzia artysty ktora mowi mi, że jak to? przeciez attitude to polowa sukcesu. szczegolnie jesli chce sie zarabiac pieniądze tworząc sztukę. klient placi za attitude.

artysta powiedzial tylko tyle, a ja przylożylem do tego kilka podstawowych teori ekonomicznych i az usiadlem powalony plytkoscią swoich wczesniejszych osądów. sztuka, biznes, medycyna itd to są tzw performing arts, jakosc i wartosc wykonywanej pracy jest trudna do obiektywnego wycenienia zarowno przed jak i po wykonaniu uslugi. sztuka zaslania sie subiektywnoscia osądu, biznes czynnikami zewnetrznymi, medycyna zlożonością procesów i organizmu ludzkiego. operacja się udała, nie ważne że pacjent nie żyje. wielki chirurg jest wciąż wielkim chirurgiem. firma bankrutuje a mimo to jej menedżerowie dostają jeszcze lepsze prace w kolejnych firmach, bo bankructwo wcale nie świadczy o nieudolności menedżera. sztuka nigdy nie jest zła, najwyżej nie trafia do odbiorcy, a to wcale nie jest wyznacznikiem jakości (przecież artyści potrafią stawać się sławni po śmierci).

skoro nikt nie jest w stanie obiektywnie ocenić wartości tej pracy, to wystarczy zachowywać się tak jakby się było najlepszym, a przynajmniej część ludzi dookola bedzie myśleć że tak własnie jest. prof G na początek, przecież pracuje przy najbardziej ekscytujących projektach. w warszawskim oddziale wielkiego koncernu azjatyckiego pracuje pewien facet, ktory jest skonczonym chamem i nikomu nie życzę pracować z nim… 3 zdania zamienione z nim to bylo za dużo. ciężki i nieprzyjemny. kiedyś niestety robiłem coś za blisko i chcąc nie chcąc musiałem usłyszec rozmowe telefoniczną… biedny ten człowiek po drugiej stronie linii. co się wczoraj dowiedziałem? w głównej siedzibie ludzie uważają go za mega profesjonaliste. bo on wrzeszczy i sprawia że praca z nim jest męczarnią, ale może w ten sposób wysyła odpowiedni message… i albo jest rzeczywiści skuteczny, albo poniżając innych przerzuca na nich winę za ewentualne potknięcia. attitude sells.

oczywiście ja chyba nawet nie powinienem próbować, bo skoro z natury taki nie jestem to udając będę wyglądał nieudolnie i na pewno przegram w potyczce słownej jeśli trafię na prawdziwego chama. zastanawiam się tylko czy bycie w porządku wobec innych nie będzie przeszkodą do zrobienia kariery? czy jestem naiwny? czy tacy jak ja idą pierwsi na odstrzał po skończeniu szkoły?


  • RSS