glupifiut blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Toba

Brak komentarzy

Jezioro Toba lezy prawie na równiku na wysokości 1000mnpm. Dzięki temu nie ma tam prawie komarów, nie ma upałów, nigdy nie jest zimno. Pejzaż jest taki jak w Szwajcarii, ludność chrześcijańska (psy mają imiona i swoje domy a mężczyźni nie hodują sobie długich paznokci u lewej ręki). Jezioro Toba to stanowczo magiczne miejsce, bez dyskusyjnie najpiekniejsze na świecie, do ktorego już nie jeden Europejczyk sie sprowadzil na stale, albo przynajmniej kupił domek letniskowy.

Zamiast 5 dni zostaliśmy 15. Nic nie robiliśmy tam szczególnego, ale o to właśnie chodzi w takich miejscach. Byliśmy na 2 weselach wiejskich, na 2 dyskotekach (ktore były mega wyrafinowane muzycznie w porównaniu z polskimi miejscowościami turystycznymi), zjedliśmy grzyby halucynogenne, Tero nauczyl mnie jeździć na motorze, graliśmy często w szachy… przeczytalem nawet jedną całą książkę (serial telewizyjny w formie książkowej mówiąc ściślej, czyli moj honor osoby nieczytającej nie ucierpiał aż nadto, hehe).

Medan

Brak komentarzy

dojechaliśmy po calej przeprawie do miasta, ktore przedonik Lonely Planet opisuje jako urbanistyczny koszmar i turystyczna pulapkę. byl wieczor, piatek, i jak sie okazalo, początek wakacji szkolnych w Indonezji.

W Medanie większość hoteli stoi przy długiej ulicy ktora zaczyna sie poza centrum i biegnie daleko na przedmiescia. Turyści nocują tam i jadą dalej. Większość turystow jest skazana na Medan: jako 3cie co do wielkości miasto w Indonezji, trudno je ominąć bo trasy promów, samoloty i dalekobieżne autobusy tam się właśnie zbiegają. Jednak nie dane nam bylo przemknąć przez Medan tak łatwo jak innym turystom. Początek wakacji w Indonezji oznaczał że wszystkie hotele były pełne. Rykszarz woził nas po wszystkich zakatkach 3 milionowego miasta od hotelu do hotelu przez 2 godziny.

Po calej przeprawie przez Sumatre, bezdroża, wiochy z biedą i smrodem, oszukujących firmach autobusowych i hordach bezpańskich kundli Medan wydal mi się nad wyraz przyjemnym miejscem. W dużym skrócie miasto wygląda jak biedne dzielnice Nowego Jorku: ta sama 19 wieczna architektura wciśnięta na długich i wąskich działkach wzdłuż szerokich i prostopadłych do siebie ulic. Gdzie niegdzie okazale gmachy dawnych banków i firm handlowych sprzed 2 wojny światowej albo nawet ponad 100 lat… sypiące się ku ruinie ale dumnie świadczące o tym, że w Indonezji bylo kiedyś bogactwo. Mnóstwo zieleni, ktorej nigdzie nie widzialem w żadnym mijanym mieście ani miasteczku na Sumatrze. Centra handlowe i nowoczesne bloki, ktore są pozostalością po okresie dobrej prosperity zakończonej brutalnie kryzysem azjatyckim 1997, z ktorego jedynie Indonezja się nigdy nie podniosła.

Znaleźliśmy hotel w chińskiej dzielnicy, ktora wyglądala identycznie jak Bushwick na Brooklynie, z takimi samymi szczurami i karaluchami na ulicach. Jak caly Medan, dzielnica bylaby straszna do zamieszkania, ale stanowila wspaniały urban landscape do robienia zdjęć. Wieczorem poszliśmy na główny deptak w mieście, pełen ulicznych restauracji z karaoke na świeżym powietrzu. Potem kolacja w restauracji ktora pewnie byla kiedyś bardzo ekskluzywna (tzn w latach 1930-tych) a dzis wyglądala staromodnie jak na przedwojennym filmie.

Nastepnego dnia probowaliśmy kupić bilet na prom i uciekać z Indonezji… nie udalo się. Najbliższy termin byl na za 5 dni. Postanowiliśmy że te 5 dni spędzimy nad jeziorem Toba.

Bukittingi

Brak komentarzy

Bukittingi wedlug przewodnika Lonely Planet to urocze, mile i przyjemne miasteczko cudownie polozone w gorach, centrum kulturalne narodu Minang (zamieszkujacego zachodnia Sumatre), centrum turystyczne zachodniej Sumatry, pelne kafejek, restauracji i infrastruktury turystycznej. Okazalo sie po raz pierwszy (i nie ostatni), ze przewodnik Lonely Planet napisano dla innych ludzi niz ja.

Totalna wiocha, owszem, polozona w gorach ale brudna, syfiasta, turystow tam prawie nie bylo, ale owszem bylo troche infrastruktury turystycznej… W efekcie: na kazdym kroku pracownicy sklepow, restauracji, przewodnicy wycieczek w gory i w dzungle, kierowcy busow zaczepiali nas probujac nam cos sprzedac. Turystyka rozwinela sie tutaj przed laty a ostatnie 2 tsunami przybily gwozdz do trumny i malo kto dzis odwiedza wyspe. Mielismy jechac nad jezioro Maninjau ale zrezygnowalismy. Skoro tam tez nikogo nei ma… mielismuy dosc mowienia dziendobry wszystkim dookola i prowadzenia tej samej kretynskiej konwersacji ze wszystkimi… Decyzje o tym ze uciekamy do polnocnej Sumatry podjelismy po kilku godzinach w tym miasteczku. Ale horror dopiero mial sie zaczac.

Nazajutrz po przeprawach z kilkoma naciagaczami udalo nam sie kupic bilet do Parapat nad jeziorem Toba w polnocnej Sumatrze prosto u przewoznika. Podroz miala zajac 12 godzin, ale autobus mial miec klime i mielismy jechac bez przesiadki. odjazd o 16. O 17 wciaz nie bylo autobusu ale podstawiono minibus, bez klimy. Narobilem troche awantury wiec nas przesadzono do innego minibusu. Minibus sie zapelnil ludzmi, ok 18 wyjechalismy z miasta. Klima nie dzialala, okna otwarte na oscierz a azjatycko wyjaca i miauczaca diva spiewala indonezyjskie disco na caly regulator z glosnikow. Przejechalismy kilka kilometrow i na parkingu tuz za miastem zatrzymalismy sie na parkingu. wszyscy pasazerowie wysiedli a autobus po kilku minutach sobie pojechal… z naszymi bagazami, paszportami i pieniedzmi! ktos wytlumaczyl ze wroca za 2 godziny. bylem juz ostro wkurwiony. po 2 godzinach autobus wrocil. wszystkie bagaze niektniete (ufff). jedziemy, jest juz ciemno. muzyka na caly regulator, a droga kreta jak rolercoaster. minibus zatrzymywal sie wszedzie gdzie kierowca mial wujka, kuzyna albo kolege, do kazdego musial wstapic na kilka minut. po 3 godzinach kierowca wdal sie w ostra wymiane zdan z ludzmi spotkanymi przy drodze w jakijs wsi. prawie sie pobili. wkurzony wsiadl z powrotem za kierownice, a po 30 minutach znowu zatrzymalismy sie na tym samym parkingu tuz przy wylocie z miasta Bukittingi!!!

zmiana kierowcy i w koncu pozna noca wyjezdzamy z miasta. jedziemy, zatrzymujemy sie a piesniarka zawodzi po indonezyjsku albo moze nawet hindusku. nie ma litosci, kierowca nie wylaczy muzyki. o 5 rano postoj i wszyscy udali sie na modlitwe do meczetu. to byla nasza chwila ciszy i snu. o 9 rano budza nas i mowia ze musimy zmienic bus. grzecznie wszyscy wysiadaja, wyjmuja bagaze. stary autobus odjezdza, nowego nie ma. gdzie jest nowy? bedzie za 2 godziny, zgodnie z rozkladem! wystawiaja nam nowe bilety zamiast starych, dzieki temu wiemy w jakim miescie jestesmy. Z mapy wynika ze po 15 godzinach jestesmy w polowie trasy, ktora miala zajac 12 godzin. Na tym etapie moja zlosc juz siega zenitu, podejmujemy decyzje ze pierdolimy jezioro Toba i cala Indonezje, nie jedziemy juz do Parapat, tylko 200 km dalej do Medanu, gdzie sa statki i smoloty do Malezji. W tamtym momencie zycze Indonezji wszystkiego najgorszego a jej mieszkancom jeszcze gorzej.

Do Medanu dojechalismy na 7 wieczorem…

zaraz po Singapurze polecielismy do Padangu tylko i wylacznie po to zeby przekroczyc rownik. niech nikomu do glowy nie przychodzi nigdy robic tego samego. do miejsc takich jak Padang i cala zachodnia Sumatra jezdzic powinno sie tylko wowczas, gdy ma sie konkretny powod. inaczej bedzie to tak jak w naszym przypadku: porazka.

Sumatra dosc preznie rozwijala sie pod wzgledem turystycznym w latach 1990 ale od okolo 10 lat trwa seria lat chudych. partyzanci, powstania, wprowadzenie wiz dla obcokrajowcow, tsunami, pozary lasow… dzis juz praktycznie nikt nie odwiedza tej wyspy. Efekt jest taki, ze w wiosce nadmorskiej Bungus pod Padangiem, ponoc najpopularniejszej plazy w regionie, ze wszystkich hoteli otwarty byl tylko jeden, a w nim bylismy tylko my. jedyny otwarty hotel bezczelnie dyktowal ceny na poziomie Malezji albo Wietnamu oferujac w zamian uslugi na poziomie skandalicznym. W wiosce bylismy jedynymi turystami w wyniku czego caly czas musielismy odpowiadac grzecznie na pozdrowienia mieszkancow i prowadzic pelne szacunku konwersacje z zadnymi naszej uwagi tubylcami. Tubylcy w zasadzie byli przemili, choc uciazliwi w swej przemilosci. Widac bylo ze to dobrzy ludzie ale mimo to nie potrafilem przelamac sie do odwzajemnienia sympatii. Wioska byla najwiekszym slumsem jaki widzialem, kazde miejsce tonelo w smieciach, plaza byla pelna syfu, strumienie byly sciekami. Poniewaz mieszkancy sa muzulmanami, uwazaja oni koty i psy za zwierzeta nieszlachetne, przez co wszedzie roilo sie od bezdomnych kundli i kotow ze wszystkimi objawami chorob zakaznych. No i na dodatek, muzulmanscy mezczyzni na Sumatrze nosza dlugie paznokcie u lewej reki!

Za 20 dolarow (!!!! skandal !!) poplynelismy na pobliskie wysepki na caly dzien poplywac z maska i z fajka (snorkeling). Oczywiscie miejscowi rybacy zniszczyli dokumentnie rafe koralowa, ale zostaly kolorwe rybki. Wdrapalismy sie tez wysoko w gory na sam szczyt 3 pietrowego wodospadu. Prawie pionowo pod gorke przez dzungle, na szczescie znalazl sie lokalny chlopiec ktory nas przeprowadzil. Tero mial 4 pijawki na nogach, ja tylko jedna.

zostalismy tam 3 dni i stanowczo radze kazdemu zastanowic sie zanim tam pojedzie. w zasadzie cala Sumatre mozna tak podsumowac: najpiekniejsze, spektakularnie krajobrazy na swiecie, ale miejscowi ludzie psuja srodowisko naturalne i psuja turystom wypoczynek swoim zbyt przyjaznym i natarczywym zachowaniem. ale zdjecia mamy naprawde piekne…


  • RSS