Gazeta.pl opublikowala taki artykul, portret tzw „mojego pokolenia” stworzony na podstawie pamietnikow nadeslanych na jakis tam konkurs. Tu jest link do młodzi z prowincji w paskudnym miescie

wlasciwie to sam nie wiem czy jestem jednym z tych ktorych tam opisuja czy wrecz przeciwnie. czy przyjechalem do Warszawy jako dziecko z prowincji czy jako dziecko z wielkiego swiata zeslane na prowincje (bo przeciez cale liceum uczylem sie na zachodzie europy)? mysle ze doswiadczylem obydwu jednoczesnie… A Warszawa powitala mnie z dyshonorami naleznymi zarowno ludziom z prowincji jak i ludziom zeslanym na prowincje. Z daleka, po dłuższym okresie zaczynam mówić dobrze o Warszawie i Polsce. Ale ten artykuł przypomniał mi dlaczego mnie tam nie ma.

Tymczasem tutaj, z dala od Warszawy życie upływa mi pod znakiem pracy. W glownej siedzibie wielkiej azjatyckiej firmy po 6 tygodniach pracuje nad projektami wiekszymi niż się spodziewałem. W tym tygodniu bralem udzial w negocjacjach kontraktu pomiędzy jedną wielką firmą i drugą wielką firmą, obie wśrod światowej czołówki firm na świecie. W Polsce nie wiem czy po 10 latach bym mial okazje usiąść przy jednym stole z ludzmi na podobnych stanowiskach. Mój szef zabiera mnie na te negocjacje jak ratlerka albo innego mopsa – do ozdoby. Moja rola to siedzieć i ładnie wyglądać. Cel oficjalnie ma być taki, żebym nabierał ogłady, doświadczenia i widział wielki biznes od środka. A w rzeczywistości to chyba azjatycka firma chce wygladac na bardziej globalną. Ale bez względu na to jaki jest cel, to chyba dobrze dla mnie.

A za 2 tygodnie bede lecial słuzbowo helikopterem na spotkanie!

Właściwie to lubie swoje życie, i lubię tę odległość od Warszawy. Jedynie drażni mnie odległość od Helsinek, ale tutaj coś zaradzimy niebawem. Tero przyjeżdża na świeta, na 3 tygodnie.